Spacer z psem

Jak zwykle wieczorem, wyszedł z psem na spacer. Na dworze było już ciemno, pomimo że godzina była stosunkowo młoda. Dopiero 19. Z ust unosiły mu się obłoki pary, wychodzące przy każdym wydechu. Piasek pod butami chrzęścił na mokrym asfalcie, a z drzew skapywały krople wody. Jeszcze niedawno padał deszcz, a on miał obawy czy uda im się jeszcze wyjść na 30 minutowy spacer. Pies biegł kilka kroków przed nim, wesoło merdając ogonem. Za nic sobie miał kałuże. Wchodził po kolei do każdej z nich, aby zaraz po tym się otrzepać, rozbryzgać wodę wokół i ponownie wskoczyć do następnej.

Spacerowali opuszczoną ulicą przez dawne tereny fabryczne. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu były tu prężnie działające fabryki włókiennicze, jednak dziś budynki straszyły wybitymi szybami, murami pobazgranymi farbą w sprayu i smrodem moczu, pozostawianym przez miejscowych meneli. Mimo że okolica nie należała do przyjemnych, nie obawiał się tu przychodzić. Znał te tereny jak własną kieszeń i widział, że po zmroku jest tu bezpieczniej niż w innych dzielnicach. Przynajmniej do czasu, aż nie zboczyło się z asfaltowej drogi.

Myślami był daleko. Tak daleko że nie zauważył, jak Ringo stracił mu się z oczu. Ringo był kilkuletnim mieszańcem. A właściwie czarnym, podpalanym kundlem. Wesołym, towarzyskim, ale również agresywnym kiedy sytuacja tego wymagała. Być może nie było tego po nim widać, ale w sytuacji zagrożenia potrafił wstawić się za swoim panem i zacząć go bronić. Jednak teraz to on się zagubił, a jego pan miał obowiązek go znaleźć.

Zaniepokojony Mariusz zaczął nawoływać psa, gwiżdżąc raz po raz.

– Ringoooo!

– Ringoooo!

Wtórowało mu jednak tylko echo. Głos odbijał się od betonowych budynków i wracał do niego ze zdwojoną siłą. Włączył latarkę w telefonie i zaczął świecić wokół siebie. Zaniedbana ulica była pełna starych, zdewastowanych koszy na śmieci. Zardzewiałe, od czasu do czasu skrzypiały. Po ulicach walały się liście i papierowe śmieci. Gdzie nie gdzie leżała zgnieciona puszka po piwie, która uszła wzroku miejscowych zbieraczy złomu. Po psie nie było jednak ani śladu.

Coraz bardziej zmartwiony, szedł przed siebie świecąc po budynkach. Szukał miejsca, w którym pies mógł się ukryć. To zachowanie było do niego niepodobne. Ringo zawsze trzymał się właściciela, nie odchodząc dalej niż na kilka kroków. I zawołany, zawsze wracał.

Kilkanaście metrów dalej, zauważył dziurę w ścianie budynku. Niezbyt duża, ale wystarczającą aby pies się przez nią przeczołgał. Człowiek również nie miałby z tym problemu, jeśli tylko mocno by się postarał. Klęknął przed otworem i zaczął świecić po jego krawędziach. Dziura w ceglanej ścianie miała nieregularny kształt. Ze środka biło chłodne, wilgotne powietrze. Słaba dioda latarki nie potrafiła rozświetlić ciemności, panujących w środku. Świecił nią po krawędziach ściany, poszukując jakiegoś znaku. W końcu go znalazł. Kępka sierści. Nie miał pewności że należała do Ringo, ale kolor się zgadzał. Jeśli pies się tu znalazł, z pewnością wszedł do środka. Teraz pewnie szuka drogi powrotnej, nie mogąc jej odnaleźć po ciemku, na zupełnie nieznanym terenie.

Nachylił się do otworu i ponownie zaczął krzyczeć do wnętrza budynku

– Ringoooo!

– Ringoooo!

Nikt i nic mu nie odpowiedziało. Zamiast tego jeszcze lepiej poczuł nieprzyjemny zapach, który mocno uderzył go w nozdrza. Nie miał wyboru. Jedynym wyjściem na odnalezienie psa było wejście do środka i próba odszukania go w starej fabryce.

Zdjął kurtkę i wrzucił ją do środka przez otworów. Następnie położył się na mokrym asfalcie i zaczął przeczołgiwać przez otwór w ścianie. W kilku miejscach się zaklinował, ale koniec końców znalazł się po drugiej stronie. Kosztowało go do jedną parę potarganych spodni. W myślach zaczął przeklinać psa, który naraził go na takie straty. Znał inne, przyjemniejsze sposoby na spędzanie takiego wieczoru, niż poszukiwanie swojego sierściucha.

Wstał i zaczął się rozglądać wokół siebie. Oczy przyzwyczaiły się do grobowych ciemności i zaczęły z nich wyłapywać kontury przedmiotów. Wokół stały różnego rodzaju maszyny. Dawne wyposażenie hali włókienniczej nie zostało zdemontowane ani rozkradzione. Nie ucieszyło go to. Każdy dodatkowy przedmiot to następne utrudnienie w odnalezieniu psa, a i zagrożenie dla niego samego. Ponownie włączył latarkę w telefonie i zaczął świecić sobie pod nogi. Cieszył się że przed wyjściem naładował baterię do pełna. To była jedyna pozytywna wiadomość od kilku godzin.

Obchodził halę wokół, trzymając się ścian. Okna były umieszczone wysoko i nie wpadało przez nie żadne światła. Czuł niepokój i lęk, który potęgował się z każdą kolejną chwilą. Miał niejasne przeczucie, że nie jest tu sam. Zaryzykował i znów zaczął nawoływać psa.

– Ringoooo!

Tym razem coś usłyszał. Coś jak skowyt lub jęk. Dźwięk, tak szybko jak się pojawił, tak szybko ucichł. Był jednak przekonany, że dobiegał ze strony schodów, znajdujących się centralnie na środku hali. Ruszył w ich kierunku.

Schody były metalowe, a poręcz do nich zardzewiały. Prowadziły na dół, do mrocznej czeluści. Próbował rozświetlić ją słabą latarką, ale nic z tego nie wychodziło. Po omacku stąpał na dół, zaczynając się martwić nie tylko o psa, ale również o samego siebie.

Z każdym kolejnym pokonanym stopniem, do jego uszu docierały coraz dziwniejsze odgłosy. Dźwięki były trudne do rozpoznania, ale powoli zaczynał w nich rozpoznawać ciężki oddech swojego psa. Podobnie oddychał po długim biegu. Pełne najgorszych przeczuć, schodził coraz niżej, próbując zachować ciszę. Był przekonany, że to co tam znajdzie, nie będzie niczym dobrym.

Ostatnie stopnie dzieliły go od betonowego korytarza. Smród, do którego wcześniej już się przyzwyczaiły, teraz ponownie dotarł do niego ze zdwojoną siłą. Szedł przed siebie, słysząc coraz donośniejszy, głośny oddech swojego psa. Dodatkowo, do jego uszu zaczął dochodzić również cichy szept. Przypominał modlitwę. Korytarz wił się zakrętami. Był pełen załamań, dlatego nie wiedział co czego go za kolejnym winklem. Dochodząc do niego, ostrożnie wychylał głowę, aby upewnić się czy droga jest wolna. Po kolejnym z zakrętów, ujrzał w oddali palące się światło. Wyglądało to na kształt jakiejś komory. Światło było rzucane przez dziesiątki świec i zniczy, ustawionych na podłodze. Skradał się do przodu, centymetr po centymetrze przesuwając wzdłuż ściany.

Po kilku metrach dostrzegł przerażający obraz. Coś takiego widział po raz pierwszy w życiu. Na podłodze, w kałuży krwi leżał jego pies. Ringo leżał na boku i skomlał z bólu. Drugi bok był rozcięty wzdłuż. Krew cienką strużką wylewała się ze roztarganych narządów, tworząc po części zaschniętą plamę na betonowej posadzce. Ciepło bijące od świec, znacząco podniosło temperaturę w całym pomieszczeniu. Nad psem klęczały trzy postacie. Owinięte w stare koce, nie dawały się łatwo zidentyfikować. Nie wiedział czy ma do czynienia z mężczyznami czy kobietami. W jakim są wieku i co tak naprawdę robią. Chociaż tego ostatniego się domyślał. Wskazywały na to mlaski i mruczenie, wydawane po każdorazowym zatopieniu dłoni wewnątrz otwartej rany psa i uniesieniu ich do ust. Kiedy zakapturzone postacie nie zjadały wnętrzności, szeptały jak w jakiejś mantrze.

Niewątpliwie miał do czynienia z jakąś sektą. Nie wiedział kim byli, ale z pewnością byli niebezpieczni. Kto inny zdecydowałby się zabić psa, rozciąć go, zjadać i modlić się przy tym. Poczuł falę nienawiści. Zabili jego ukochanego Ringo!!! Miał ochotę do nich podbiec i każdego po kolei rozciąć tak, jak oni potraktowali jego psa. Ich było jednak trzech, a on sam. Frustracja, przerażenie i zdenerwowanie sięgało zenitu.

Złowrogą ciszę przeciął dźwięk telefonu. Kurwa mać! Przeklną w myślach. Zapomniał wyciszyć telefon. Dźwięk dotarł również do trzech tajemniczych postaci. Wstali i odwrócili się w stronę wejścia do tunelu. Mógł teraz w pełni dojrzeć ich twarze. Były przerażające. Wykrzywione w grymasie nienawiści, pokryte krwią Ringo. Spod kapturów opadały na czoło ciemne, posklejane włosy. Ale najgorsze były zęby. A właściwie kły. Białe jak u wilka, wystawały spod górnej wargi.

Stał schowany w ciemnym tunelu, licząc na to że go nie dostrzegą. Marne były tojednak marzenia. Wrogie postacie rzuciły się prosto na niego. Ale nie jak ludzie, a jak wilki. Biegły na czworaka, odpychając się na przemian nogami i rękami. Nawet nie zdążył się zorientować, kiedy znalazły się przy nim. Jednym ruchem powaliły go na ziemię. Mocne uderzenie głową w betonową podłogę, pozbawiło go przytomności na jakiś czas.

Kiedy ją odzyskał, leżał obok swojego psa, w kałuży jego krwi. Trzy postacie ponownie klęczały wokół nich, szepcząc cicho. Patrząc na nie spod wpół zamkniętych oczu, dostrzegł że wyglądają jak połączenie człowieka z wilkiem.

Wilkołaki

Ta jedna myśl ponownie go sparaliżowała. To by wyjaśniało ich nadnaturalną prędkość i sposób poruszania się. W rzeczywistości to wyjaśniało wszystko. Od ich wyglądu, aż po zachowanie. Leżał na podłodze i nie wiedział co robić. Trudno mu było jeszcze pozbierać myśli, a ciało miał obolałe. Domyślał się że został brutalnie przeciągnięty po podłodze, a następnie złożony jako ofiara. Ofiara czego?

Wilkołaki przestały szeptać. Zamiast tego zaczęły głośno sapać i obwąchiwać go. Obrzydliwe twarze zbliżały się do jego ciała. Głowy, brzucha, nóg. Czuł bijący od nich odór. Zbierało mu się na wymioty. Nie mógł ich powstrzymać. Wbrew sobie zawartość żołądka wylała się obfitym strumieniem na jednego z wilkołaków. Wprost w jego twarz. Odskoczył w tył jak poparzony. Powietrze przeszył donośny skowyt. Stwór wył tak, jakby wylało się na niego wiadro żrącego kwasu.

Pozostałe dwa wilki ruszyły z pomocą trzeciemu. Kręciły się wokół niego, próbując zmyć wymiociny z jego ciała. To była szansa, którą musiał wykorzystać. Nie było czasu do zwlekania. Chwycił dwa znajdujące się na podłodze znicze. Wybrał te największe, ze zdjętymi pokrywkami. Wewnątrz było sporo roztopionej parafiny, a płomień z knota był wystarczająco mocny, aby podpalić łachmany, które mieli zarzucone na plecy. Wziął zamach i rzucił zniczami w wilkołaki.

Potwory momentalnie zajęły się ogniem, krzycząc przeraźliwie. Wymachując rękami, biegały na ślepo wokół całego pomieszczenia. Mariusz przykrył głowę rękami i wcisnął się w kąt pomieszczenia. Czuł smród palących się tkanin i włosów. Modlił się oto, aby bestie spłonęły do kości, a jemu udało się uciec. Czekając na tę chwilę, przygotowywał się do wybiegnięcia z komory, przypominając sobie drogę na górę. Pamiętał również o tym, aby zabrać ze sobą zmasakrowane zwłoki Ringo.

Prawa autorskie

Wszelkie materiały (w szczególności: artykuły, opowiadania, eseje, wywiady, zdjęcia) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.