Majówka po Europie

Słowacja

Dzień pierwszy

Jadę pociągiem z Białegostoku do Cieszyna. Jedenaście godzin i trzy przesiadki. Nie jest to najlepszy z możliwych środków lokomocji, jednak najbardziej kompromisowy. Mam wyznaczoną trasę i bilet, nie muszę martwić się czy zdążę, czy się z kimś zabiorę. Priorytetem jest by dotrzeć do granicy polsko – słowackiej. Później będę miał więcej możliwości i czasu by doprecyzować trasę i dobrać alternatywne rozwiązania komunikacyjne.

Podziwiam krajobraz za oknem mknącego pociągu. Pogoda zmienna, raz kropi deszczyk, raz na chwilę wychodzi słońce. Widoki coraz piękniejsze. Rozległe równiny, za nami zarysy gór, w dolinach pozostałości mgły, która powoli opada.

W Cieszynie jestem przed 16:00. Przekroczyłem granicę. O tej porze nie znajdę autobusu do Bratysławy. Najlepszym rozwiązaniem okazuje się znalezienie życzliwej osoby, która mnie podrzuci do stolicy Słowacji. Zupełnie przypadkiem poznałem na stacji benzynowej Austryjaczkę, blondynę z fryzurą Marie Fredriksson z 1987 roku. Razem z dwiema 3-4 letnimi córeczkami również jechała do Bratysławy, ucieszyłem się bo miałem farta. Trasa biegła wąskimi drogami, które często się zapychały. Korki robiły się non stop. Tu przejazd kolejowy, tam jakiś wypadek innym razem malowanie pasów. Dziewczyna pomogła mi doprecyzować plan podróży, opowiedziała mi także nieco o Austrii i Wiedniu. Nie dojechaliśmy do Bratysławy, było ciemno i późno. Zatrzymaliśmy się w hotelu Galbor Młyn oddalonym o jakieś 20 km od stolicy Słowacji. Dzisiaj za dużo zwiedzania nie będzie, w planie mam odespanie podróży…

Zrywam się wcześnie rano, ciekawy co przyniesie nowy dzień. Już chcę wyruszyć w dalszą podróż. Ale przedtem oczywiście śniadanie. Przy stole przerzucam kartki przewodnika, zastanawiam się co słychać w domu.

Nie chciałem robić kłopotu dla sympatycznej Austryjaczki. O 8:00 rano byłem już w autobusie. Wreszcie zbliżam się do Bratysławy. Z daleka dostrzegam zarysy miasta.

Za oknem malownicze kamienice, na ulicy wędruje kolorowy tłum. Po chwili dociera do mnie, że jestem w Bratysławie, ważnym mieście Słowacji, położonym nad malowniczym Dunajem. To właśnie tutaj przebiegał Bursztynowy Szlak.

Słowacja

Dzień drugi

Wędruję przez starówkę, zatrzymuję się raz za razem, bo atrakcji jest bez liku. Tu jakiś uliczny grajek, tam wystawa obrazów, gdzie indziej znów malownicza kamienica wyglądająca jak z innej epoki, kiedyś życie toczyło się wolniejszym tempem. Na ulicach spotykam tłum turystów.

Ważnym punktem turystycznym jest wzgórze zamkowe. Tam widzę Parlament i piękny widok na rzekę Dunaj. Nieopodal Zamek Królewski, potężny, wspaniały, góruje nad okolicą. Zastanawiam się, jak kiedyś musiało wyglądać życie i jakoś tęsknię za tymi dawnymi czasami. Bez telefonów komórkowych, komputerów i Internetu… ale zaraz, zaraz, sięgam po telefon i piszę sms-a do żony „Ale tu super, szkoda, że nie ma cię tutaj”. A jednak telefon to fajna rzecz.

Pstrykam zdjęcia, kręcę się tu i ówdzie i nagle… sam nie wiem gdzie jestem. Patrzę na zamek i nagle jakiś szczegół przykuwa moją uwagę… nie, to nie złudzenie. W jednym z okien dostrzegam jakąś odzianą w biel postać. Lokalna Biała Dama? W dzień? A jednak ktoś tam jest i mam wrażenie, że mi się przygląda. Na chwilę oślepia mnie słońce więc odwracam wzrok. Gdy spoglądam znów w to samo miejsce – w oknie nikogo już nie ma. Zapewne jakaś turystka podeszła do okna, a mnie poniosła wyobraźnia.

W końcu przemierzam na piechotę centrum Starówki, najstarsze ulice miasta. Zewsząd dobiegają smakowite zapachy – pieczyste, kawa, kebaby, pizza. Aż ślinka leci. Zatrzymuję się na chwilę. Sklepików z pamiątkami całe mnóstwo, turyści wyszukują coś dla siebie. W końcu nie wypada wracać z pustymi rękami. Ja również kupiłem sobie coś fajnego – kubek z napisem Bratysława. Mam taką tradycję, że kupuję kubki z miejsc na całym świecie gdzie jestem.

Wreszcie wędruję do tak zwanych zabytków sakralnych. Świadczą one bez wątpienia o niegdysiejszej potędze Kościoła. Zastanawiam się kim chciałbym być, gdyby przyszło mi urodzić się parę wieków wcześniej w Bratysławie. Szybko dochodzę do wniosku, że albo dobrze urodzonym arystokratą, albo biskupem. Po namyśle skłaniam się ku drugiej opcji. W tamtych czasach, sądząc po wspaniałości kościołów i Pałacu Arcybiskupa musiała to być całkiem przyjemna funkcja… gdyby tylko nie ten celibat. Jednak, biskup był zbyt ważną osobą, by ktokolwiek wówczas śmiał zarzucić mu, iż nie przestrzega celibatu.

Ja też tak samo jak niegdysiejsi biskupi potrzebuję zatroszczyć się nie tylko o ducha, ale też i o ciało. Dlatego zgodnie z sugestią Austryjaczki jadę do Seneku wieczorem – na termy. Później powrót do Bratysławy na nocleg.

Austria

Dzień trzeci

Śniadanie na zasadzie szwedzkiego stołu. Każdy je co lubi, więc nikt nie wybrzydza, nikt się nie skarży. Masz, co wybrałeś. Szkoda, że z demokracją to tak nie działa. Ludzie wybierają i dalej są niezadowoleni.

Punktualnie o 10:00 mam pociąg do Wiednia.

Moje pierwsze wrażenie – głęboki smutek. Czemu, u licha, tyle dni musze spędzać w biurze, skoro na świecie jest tyle tak wspaniałych miejsc? Jeśli reinkarnacja istnieje, życzę sobie urodzić się w przyszłym wcieleniu jako jedyny, ukochany syn najbogatszego szejka Kuwejtu. Będę mógł zwiedzać całe życie, i kto wie – może zamieszkałbym akurat w Wiedniu.

Odwiedzam wzgórze Kahlenberg i oglądam z podziwem kościół pod wezwaniem św. Józefa. Z przewodnika turystycznego dowiaduje się, że właśnie stąd król Jan III Sobieski dowodził bitwą o Wiedeń. Patrzę na zapierający dech w piersiach widok i sam czuję się jak król. Całe miasto spoczywa u moich stóp. Wyciągam aparat i pstrykam zdjęcia, chciałbym zatrzymać tę chwilę, złapać ten czar, żeby potem po powrocie do codziennego kieratu móc się tym cieszyć. Powieszę sobie te zdjęcia na ścianie. Ale z doświadczenia wiem, że to tak nie działa, że troszkę oszukuję sam siebie. Zdjęcie nie zatrzyma tej ulotnej chwili, kiedy stoję na wzgórzu i delektuję się panoramą miasta. Tu trzeba być, zobaczyć wszystko na własne oczy.

W końcu opuszczam wzgórze na rzecz miejskiego parku i pomnika Straussa. Widzę wspaniały gmach opery. Ile razy rozbrzmiewały w niej utwory skomponowane przez genialnego twórcę? Myślę sobie o tych wszystkich naszych Eurowizjach i pożal się Boże przebojach. Czy cokolwiek z tej muzyki, która teraz powstaje będzie w stanie przetrwać stulecia?

Z rozmyślań wyrywa mnie dzwon pobliskiego kościoła. Czas goni nieubłaganie, a tu jeszcze tyle do obejrzenia. Kościół św. Piotra, kościół św. Augustyna, Kościół Wotywny, Teatr Dramatyczny, Kolumna Św. Trójcy, Katedra św. Stefana… ileż tego wszystkiego! Najciekawszym zabytkiem sakralnym okazał się malutki kościółek pod wezwaniem św. Elżbiety. Kościółek od samego początku swego istnienia należał do Zakonu Krzyżackiego. Do dzisiaj znajdują się tu wszelkie archiwa dotyczące zakonu. Na uwagę zasługuje ołtarz, będący skromną miniaturą ołtarza mariackiego z Krakowa, ufundowany przez cech tragarzy gdańskich w 1447 roku.

Trzeba by lat, żeby każdy z tych zabytków zbadać, poznać jego sekrety i historię… Pstrykam więc zawzięcie, czego nie zapamiętam, nie dostrzegę, zarejestruje aparat fotograficzny.

Czechy

Dzień czwarty

Czas opuścić Austrię. Było miło, ale się skończyło. Mam tylko 5 dni a jeszcze chciałbym dotrzeć do Morawskiego Krasu.

Tutaj dla odmiany czeka mnie konfrontacja z potęgą natury, pięknem przyrody. Zwiedzam jaskinię Punkevni i przepaść Macocha. Coś dla tych co mają klaustrofobię i dla tych, co boją się wysokości. Żeby mogli poczuć trochę emocji. Nie zaliczam się ani do jednych, ani do drugich, ale emocje są, szczególnie przy podziemnym rejsie łódkami. Jedna atrakcja za drugą, a widoki zapierające dech w piersi.

W końcu, aby jeszcze dołożyć sobie wrażeń zaplanowałem zwiedzanie Ogrodów Europy w Kromeriżu. Potężny obszar pełen kwiatów, rozłożystych drzew i niezwykłych woni. Słońce prześwietla przez różnobarwne kwiaty. Znów pstrykam i rozpaczam w duchu, że nie mogę zapisać w elektronicznej pamięci tych wszystkich zapachów, delikatnego wiatru i słońca, które lekko ogrzewa mój policzek. Nie mogę w elektronicznej, więc staram się zapisać jak najwięcej w swoje własnej. Te wspomnienia będą bezcenne podczas szarej zimy.

W końcu degustacja mszalnego biskupiego wina. Taki biskup to miał klawe życie, myślę sobie po raz setny. I obiecuję, że w przyszłym wcieleniu będę właśnie biskupem, takim co degustuje sobie wina na co dzień. A potem… muzyka, na żywo. W końcu mówi się „wino, śpiew i kobiety”. No, może w troszkę innej kolejności. Wino jest, śpiew, muzyka, też jest. A gdzie kobiety? Ciekawe, jak to wyglądało u biskupa. Powinienem wiedzieć, skoro mam być nim w przyszłym wcieleniu.

Czechy

Dzień piąty

Co może być gorszego od ostatniego dnia… kiedy człowiek wie już, że trzeba wracać. Bajka się skończyła i czeka zwykła, szara rzeczywistość. Czule przytulam swój aparat, tam mam zapisane moje zdjęcia. Coś jednak pozostaje, nawet gdy się wyjeżdża. Wspomnienia. Świadomość, że istnieją miejsca, do których warto wracać. Czyżbym się starzał? Robię się coraz bardziej nostalgiczny…

Na pożegnanie z przygodą zwiedzam Brno, stolicę Moraw. Stary Ratusz, Klasztor Starobreński, Bazylika Najświętszej Marii Panny… Rozglądam się wokoło, podziwiam widoki, staram się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Nagle nachodzi mnie taka refleksja – czy gdybym był tym biskupem, czy nawet szejkiem – potrafiłbym zachwycić się otaczającymi mnie wspaniałościami tak, jak dzieje się to teraz, gdy jestem zwykłym turystą z Polski? Może moją głowę zaprzątałyby sprawy Kościoła, zawartość skrzyni ze złotem, kolejna sprzeczka teologiczna lub zawiść w stosunku do tego czy innego konkurenta? A może jako syn szejka byłbym znudzony do szaleństwa posiadanym bogactwem i szukałbym coraz to nowych podniet w hazardzie, narkotykach i seksie w rzeczywistości pogrążając się coraz bardziej w bezdennej nudzie? Czy może istnieć nuda większa, niż ta, którą osiąga się mając wszystko w zasięgu ręki? Może nie potrafiłbym zachwycić się niezwykłością chwili tak, jak potrafię to uczynić po prostu będąc sobą…

Jedno wiem na pewno – w takie miejsca jak te na pewno warto wracać.

 

Prawa autorskie

Wszelkie materiały (w szczególności: artykuły, opowiadania, eseje, wywiady, zdjęcia) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione.
O Marek Falkowski 665 artykułów
Marek Falkowski – Specialist in the field of new technologies and IT security. Author of numerous opinion-forming articles about politics, business and technology. In his daily life he implements IT solutions for the public administration. Expert in the field of data protection with particular focus on personal data and classified information.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.