Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych

Opłaty za koncesje ze sprzedaży alkoholu w różnego rodzaju sklepach, barach czy stacjach paliw zasilają konta Gminnych czy Miejskich Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Tak to już zostało zorganizowane w naszym pięknym i pełnym niejasności kraju, że im więcej alkoholu kupujemy i spożywamy, tym większe taka komisja ma dochody które przeznacza na walkę z alkoholizmem. Im większe miasto, tym większa ilość miejsc gdzie alkohol jest oferowany i pęczniejące konto Komisji z tak zwanego „kapslowego”, ku zmartwieniu urzędników miejskich, którzy za nic w świecie tych pieniędzy nie mogą ruszyć, bo przecież w myśl ustawy są na ograniczanie społecznych skutków alkoholizmu. Wszystko ładnie i pięknie, tylko….. nie o pieniądzach będzie mowa.

Na początku swojej jakże interesującej i pełnej uniesień kariery zawodowej rozmawiałem z kobietą która miała męża alkoholika. Będąc już całkowicie bezsilną przyszła się pożalić i w konsekwencji wypłakać opowiadając jak to jej kochany i umiłowany „Pan Domu” w przydomowej komórce potrafił wychlać butelkę denaturatu by potem zrzygać się i zesrać pod siebie, szczynami olewając spodnie. Jak potem lazł na czworakach do mieszkania, już od drzwi wołając swoją żonę by mu pomogła zdjąć śmierdzące i obsrane ubranie i położyć się do łóżka by zasnąć snem sprawiedliwego. Opowiadała jak pijany (raczej najebany jak stodoła na wietrze kiwająca), ledwo słaniając się na nogach szedł do kibla się wylać. Oczywiście trafił moczem wszędzie, tylko nie w muszlę klozetową bo w pijackim amoku kiwał się raz na jedną, raz na drugą stronę, pierdząc przy tym niemiłosiernie. Jak wodospadem ciepłego mocznika olał ubranka dziecięce czekające na wypranie w koszu na brudne rzeczy, jak upadł na mordę i wyrżnął gębą o wannę trzymając swojego mokrego fiuta w ręce. Mówiła o kale w pościeli, wymiocinach w kuchni i napadach delirki, gdzie telepotał się cały i dostawał siódmych potów z powodu braku krwi w alkoholu, bo u takiego menela nie liczy się procentów we krwi, ale krew w procentach. O zabieraniu przez niego żywności z lodówki, nie interesując się czy dzieci będą miały co jeść, ale koledzy od wódy, tanich nalewek i denaturatu byli ważniejsi, bo byli głodni i chcieli coś żreć bo picie na pusty żołądek przecież szkodzi. Opowiadała o wstydzie, gdy sąsiedzi mijali go na korytarzu, siedzącego i przysypiającego na schodach, bełkoczącego jakieś niezrozumiałe słowa lub śpiewającego piosenki. Mówiła że ma dość, że wstydzi się, że dzieci są nerwowe, że unikają ojca, że jest wytykana palcami i stała się pośmiewiskiem gdy próbuje wciągnąć go do mieszkania pijanego, że ma dość litościwych spojrzeń sąsiadów i znajomych. A ona pracowita i sumienna, pielęgniarka w pobliskim ZOZ-ie, dbająca przecież z całych sił o rodzinę, aby w domu starczało na chleb i na opłaty. Wszyscy przecież tak mocno jej współczują męża, żałują że ma takie ciężkie życie i podpowiadają by go zostawiła, że da sobie radę bez niego, że znajdzie innego, o wiele lepszego i co najważniejsze nie pijącego. Dlatego przyszła do mnie bo już nie wie co ma zrobić, że przecież się stara, nie daje mu pieniędzy, robi mu awantury ale nic, a nic nie pomaga. No właśnie, dlaczego nie pomaga?

I wtedy powiedziałem jej coś, co spowodowało że zrobiła wielkie oczy jak pięć złotych. Powiedziałem jej że pomaga mu w piciu. Tak. Pomaga. Pomaga mu chlać bo nie daje mu upaść niżej. Przyczynia się do utrwalania jego alkoholizmu choć zapewne zupełnie nieświadomie. Pierze mu osrane gacie, daje mu żryć, zabiera go z klatki schodowej i wciąga do mieszkania najebanego jak meserszmit. Kupuje mu papierosy, płaci rachunki za niego, pozwala mu się wyspać w ciepłym łóżku a także sprząta po nim szczyny. Tak, to utrwala tego menela w przeświadczeniu że nie warto przestać pić, bo do kurwy nędzy po co?! Przecież ma wszystko to czego potrzebuje w swoim marnym i przesiąkniętym alkoholem życiu. Może walić wódę do woli ze swoimi kolesiami a upodlona i podporządkowana jego pijaństwu żona i tak mu pomoże żeby nie zdechł z głodu albo nie zamarzł zimą w komórce. Więc jak inaczej tego nie nazwać jak pomocą? Jak tej pomocniczości nie nazwać świadomym niszczeniem własnej rodziny nie tylko przez alkoholika, ale też i przez jego żonę? Na chłopski rozum, jaki przykład daje ta matka swoim dzieciom? I po co jej współczuć, skoro się na to godzi, skoro godzi się by jej dzieci dorastały z kimś takim w jednym mieszkaniu, patrzyły na bełkot pijacki i wstydziły się ojca. Czego taka matka uczy swoje córki i synów? Że pijaka w domu nie tylko można tolerować, ale i utrzymywać. Karmić, prać jego śmierdzące gacie, dawać mu czyste łóżko do spania i możliwość wytrzeźwienia. To właśnie ta kobieta, mieniąca się dbająca o męża żoną pomaga mu trwać w alkoholizmie, tłumacząc to litością i chęcią pomocy. Takie kobiety, takie matki i kochanki dbające o swoich zmendlowanych mężów to pierwsze z czym się spotkałem w swojej pracy zawodowej. Wtedy tez zauważyłem że zdecydowana większość kobiet które obecnie mają mężów lub konkubentów alkoholików, miało takich samych ojców. Ojców chlejących na potęgę i matki które w tym chlaniu pomagały, w myśl zasady że jak nie pije to jest dobry i jakieś przecież pieniądze do domu przyniesie. Kobiety te w większości wychowane były według tej normy, którą już wcześniej opisywałem, a która „wdrukowała” w ich głowy takie a nie inne schematy postępowania. Kobiety mające takich mężów to podręcznikowy przykład osoby współuzależnionej, która może i nie pije, wyrządza krzywdę nie tylko sobie i swojej psychice, ale i dzieciom. A także wbrew pozorom wyrządza krzywdę temu pijakowi który z nią żyje i zatruwa wszystkim otoczenie.

Czy można zmusić kogoś by przestał pić? Czy można spowodować że jakiekolwiek zewnętrzne oddziaływania spowodują, że dany delikwent uzależniony od alkoholu przestanie chlać i co się z tym wiąże zmieni swoje priorytety? Oczywiście że tak, lecz spełniony musi być jeden warunek. Tym warunkiem jest sam alkoholik który musi zrozumieć, że jedyną drogą jaka mu została to zachlanie się na śmierć i albo odbije się od dna, albo umrze od złotego alkoholowego strzału. Tylko aby miał szansę odbić się od dna, musi na to dno upaść. Czasami wylądować w rynsztoku, czasami w schronisku dla bezdomnych, aby zrozumieć że stracił już wszystko, łącznie z rodziną i najbliższymi, bo jeżeli nie upadnie na dno, a wciąż będzie pływał w gównie po uszy podtrzymywany na powierzchni przez najbliższych, to będzie gotował piekło wszystkim – swojej kobiecie, swoim dzieciom, wszystkim którym na nim zależy. Jeśli od dna się nie odbije – umrze. Tylko że taka śmierć będzie dla niego i wszystkich wokół wybawieniem.

Jak sobie z tym poradzić? Jak doprowadzić by Państwo pomagało menelowi upaść i dać szansę odbić się od dna. Wbrew pozorom to nie jest skomplikowane. Natychmiastowa eksmisja na bruk pijaka z zakazem zbliżania się do rodziny, a kobiecie środki finansowe z „kapslowego” na utrzymanie dzieci. I nie ważne czy mieszkanie należy do pijaka czy nie. Nie chcesz się leczyć? Dzieci są świadkiem twoich awantur? Wypierdalaj z domu i gnij. Nie niszcz innych i nie zatruwaj im życia, bo każdemu należy się spokój i szczęśliwe dzieciństwo. A jak sięgniesz tego dna i postanowisz się w końcu leczyć – udowodnij że potrafisz.

Morałem niech będą słowa Stanisława Grzesiuka:

„Pomocną rękę należy podać tym, którzy mądrze walczą, a nie mogą dać sobie rady.”

Piotr Matysiak

/foto: www.freeimages.com/

tekst

tekst
O Piotr Matysiak 15 artykułów
Kurator sądowy