Jak się kradnie w Polsce?

Mam szesnastoletniego syna i zastanawiam się jak go wychować. Tak po prostu, żeby poradził sobie w życiu i był dobrym człowiekiem. Pyta mnie: tato, czy to prawda, że w Polsce Chrystus będzie królem? Odpowiadam mu zmieszany, że zależy, kto wygra wybory. Syn jednak nie rezygnuje. Jak większość nastolatków w jego wieku jest dociekliwy. Tego dnia chyba szczególnie usiłuje zagnać mnie w przysłowiowy „kozi róg”. Pyta więc dalej: czy kiedy Chrystus będzie królem Polski, to wszyscy staną się lepsi? Po chwili zastanowienia odpowiadam mu: „będą tacy sami jak są. Ponieważ ludzie jedno mówią, a wiedzą swoje.”

Jaka wspaniała katastrofa!

Nic nie dostarcza tylu okazji do wzbogacenia się jak bankructwo, dlatego w Polsce jest ono mile widziane. Nic dziwnego, że władza dąży do bankructwa. Jeśli coś jest uznane za mało wartościowe – można nabyć to za grosze. Nazywają to „kontrolowanym upadkiem”. Dobry trick, jeśli brakuje ci paru groszy na dobrą furę, albo musisz kupić mieszkanie dla córki, bo właśnie wychodzi za mąż. Jest tylko jeden warunek – musisz znać paru ludzi. Nie, nie musi to być żadna mafia, raczej dobrze usytuowani urzędnicy. Ci mogą załatwić wszystko.

Szkoła syna upada. To nic, że istniała od pół wieku, że ma świetną kadrę, pomoce naukowe, wykształciła dobrych inżynierów… Wiadomo – niż demograficzny, nie ma uczniów, wszyscy wyjechali za granicę, i tak dalej. Dyrektor ze łzami w oczach przemawia na apelu. Brakuje tylko czarnej flagi wciągniętej na maszt i orkiestry grającej żałobnego marsza. Dziwna sprawa – podobno jest wielu kandydatów do pierwszych klas. W końcu to szkoła o profilu technicznym, a takie są teraz na topie. Chodzą słuchy, że obiektem szkoły zainteresował się duży niemiecki koncern. Te pogłoski jednak szybko cichną, giną w głośnej narracji wszechogarniającego Upadku.

Tak więc zamykają szkołę. W tym miejscu powstać ma siłownia. No cóż, dobre i to – kultura fizyczna to podobno wciąż kultura. Syn dowiaduje się, że muszą szukać sobie innej szkoły. „Zwykli” nauczyciele wylecą na bruk. A co z dyrekcją?

Gimnazjum imienia Świętego Jana Pawła II

Dyrekcja może śmiało wziąć sobie do serca słowa „nie lękajcie się”. Nie ma czego się lękać, bowiem jest już dla niej przygotowana posada w nowo otwartym gimnazjum im. Świętego Jana Pawła II. Dziwnym zbiegiem okoliczności niż demograficzny omija te gimnazja szerokim łukiem. Tam zawsze są chętni i spore pieniądze. I co wy na to, ludzie małej wiary? Zanim jednak idylliczna sielanka się ziści, trzeba pogrzebać trupa – starą szkołę z półwieczną tradycją. Syn obserwuje zdarzenia, jak na szesnastolatka zauważa więcej, niż wydaje się dorosłym. Ja również, jako członek rady rodziców mogę dostrzec to i owo. Wielki spektakl rozkradania majątku publicznego właśnie się rozpoczął. Rzecz jasna w pełnym splendorze, blasku reflektorów. Nikt z niczym się nie kryje.

Znikające warsztaty

Wszystko na aukcję! W jakimś osobliwym amoku, niczym zgraja Hunów, do starej szkoły wpadają ekipy demonterów. Tłuką wszystko, niszczą, wywlekają sprzęty przed budynek. Najbardziej łakomy kąsek – wyposażona w bardzo drogie tokarki i frezarki pracownia warsztatów zostaje na deser.

Aukcja to pewnego rodzaju teatr. Mieszkam w małym miasteczku i wszyscy się tu znają. W licytacji udział biorą same znajome twarze – pan z urzędu miasta, dyrektorka i jej rodzina. Przyszedł też jakiś facet z ulicy, nikomu nieznany i podbija cenę. Szlag by to trafił! Wyprowadza go woźny z ochroniarzem, podobno facet jest „pod wpływem”, awanturuje się. Nie ma „akredytacji”, jest agresywny – twierdzi, że skończył tą szkołę, jego dzieci ją skończyli i że nie rozumie co za sku… syn to roz….dolił. Po chwili dobry nastrój powraca. Wszystko rozdrapują za grosze, między sobą. Tokarka, która normalnie kosztuje dobre kilkanaście tysięcy idzie za parę stówek. Spawarka za parędziesiąt złotych.

Stoję i obserwuję co się dzieje. Mój syn też przyszedł, z ciekawości. W licytacji rzecz jasna nie bierzemy udziału, bo… nie możemy, ze względów formalnych. Trzeba było zgłosić swój udział pisemnie i wpłacić wadium, w jakimś „referacie urzędu miasta”. Teraz już jest za późno. Wszystko dobrze zaplanowali. Nic dziwnego, że w Polsce podobno nie ma już mafii z prawdziwego zdarzenia. A po co to komu, po co brudzić ręce?

Wisienka na torcie

Coś się jeszcze święci. Licytacja skończona, ale porozumiewawcze spojrzenia świadczą, że aktorzy przedstawienia ani myślą rozchodzić się do domów. „Coś tu się jeszcze zdarzy”, myślę sobie i udaję, że oglądam spoczywające na ziemi, przewrócone i zapomniane popiersie Norwida, którego nikt nie kupił. To znaczy jeden chciał kupić, potłuc na proszek i zrobić „gips z odzysku”, ale szybko dali mu kuksańca, że się nie opłaci.

Rzeczywiście, do pracowni pędzą ekipy wynajętych robotników. Teraz już nikt się z niczym nie kryje. Wykręcają co się da, wynoszą wszystko, od młotków, kabli i imadeł po szlifierki i nowoczesne spawarki. Ktoś założy firmę budowlaną lub prywatny warsztat… A może wszystko trafi na giełdę?

Zaczepiam prowadzącego licytację, jegomościa z ogromnym brzuchem i pytam co się dzieje. Obrzuca mnie nieufnym spojrzeniem. „Straty, straty, straty!”, słyszę w odpowiedzi magiczne słowa. Dziwne to straty, skoro sprzęt jest sprawny i konserwowany. Próbuję dyskutować. Pan z urzędu miasta energicznie kładzie mi rękę na ramieniu. „Wszystko to elektro – złom”, oświadcza stanowczo. Zutylizować! Byle szybko, byleby to nie był dalej nasz problem!

Wychodząc ze szkoły kątem oka zauważam jak gipsowe popiersie poety ląduje na stercie śmieci za szkołą.

To działo się w wakacje ubiegłego roku. We wrześniu w nieistniejącej już placówce rzeczywiście otwarto fitness klub i siłownię. „A co tam, myślę sobie, pójdę i poćwiczę”. Przy wejściu wita mnie śliczna nastolatka, na pierwszy rzut oka widzę, że to „pupilka pana”. Nagle drzwi od zaplecza uchylają się i – to nie złudzenie – dostrzegam właściciela „centrum rekreacji”. Syna byłego dyrektora upadłego technikum, obecnie dyrektorki gimnazjum im. Świętego Jana Pawła II. Wykupuję karnet za całe sto złotych polskich i zabieram się do podnoszenia żelastwa rozmyślając o tym, jak zaskakujący obrót potrafią przybierać sprawy.

I u mnie kradną

Co tam szkoły. Wiadomo, że w Polsce starczą dwie. W jednej uczysz się do call center, w drugiej do pracy przy taśmie. Wiadomo, że nikomu teraz szkoła nie jest potrzebna, bo na zmywaku w Anglii wystarczy ci trochę języka, a głupia duma, jaka bierze się z matury tylko przeszkadza. Idę do swojej pracy. Kupili u nas tokarkę.

Cholera! Wygląda tak samo jak ta, którą sprzedali za kilka stówek na aukcji w zlikwidowanej szkole… To musi być zbieg okoliczności, złudzenie optyczne, zwłaszcza, że nasze szefostwo zapłaciło za nią przeszło dwadzieścia tysięcy do czyjejś prywatnej kieszeni. I do tego te wrzeciona, kropka w kropkę podobne do wyniesionych z warsztatów w szkole.

Kręci mi się w głowie. Mówili mi, że w przyrodzie nic nie ginie, ale – nie myślałem, że aż do tego stopnia. Następnego dnia afera – wrzeciona do tokarki skradziono. „Będziecie detektywami, jak ojciec Mateusz”, oświadcza kierowniczka. Robota staje, resztę dnia wszyscy spędzają tropiąc wrzeciona w Internecie. W końcu w tajemniczych okolicznościach wrzeciona się znajdują. Podobno wyniósł je od nas ktoś z szefostwa. Sprawa zostaje wyciszona, bo nie od dziś wiadomo, że ręką rękę myje.

Moja mała tajemnica

Wracam styrany z pracy. Syn przygląda mi się uważnie. Tato czy wszystko z tobą w porządku?, pyta. Chyba domyślam się już o co mu chodzi. Był na strychu i odkrył moją tajemnicę. Robię się czerwony ze wstydu. Czuję się jak złodziej i w pewnym sensie jestem nim. Ukradłem mienie publiczne. A do tego – jakie to melodramatyczne…

Zabrałem tego gipsowego Norwida ze śmietnika koło szkoły. Schowałem na strychu, może doczeka lepszych czasów. Było mi go żal. Wieszcz, poeta, a tu leży, kolokwialnie mówiąc, z ryjem w śmieciach.

Bo widzisz, synu – mówię – nie ważne czy Chrystus będzie mianowany tym królem Polski czy nie. Ważna jest ta „iskierka” w sercu, która sprawia, że czasem podnosisz swojego gipsowego Norwida, leżącego w śmieciach i chowasz go na strychu, z nadzieją, że doczeka lepszych czasów. Bo to jest coś, czego już nikt nie zdoła ci ukraść. Nie wiem, czy syn mi wierzy, bo spogląda na mnie jak na wariata.

Prawa autorskie

Wszelkie materiały (w szczególności: artykuły, opowiadania, eseje, wywiady, zdjęcia) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione.
O Marek Falkowski 666 artykułów
Marek Falkowski – Specialist in the field of new technologies and IT security. Author of numerous opinion-forming articles about politics, business and technology. In his daily life he implements IT solutions for the public administration. Expert in the field of data protection with particular focus on personal data and classified information.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.