Część 10 : Spotkanie

Na moim policzku poczułem delikatne głaskanie. Odruchowo chciałem przetrącić ręką coś, co przeszkadzało mi w spaniu. Głaskanie jednak po chwili się powtórzyło. Spod przymrużonych powiek próbowałem dostrzec co się dzieje wokoło. Oślepiło mnie jasne słońce. Już był nowy dzień. Chciałem się zerwać na równe nogi, Jednak nie mogłem ruszyć ani jednym skrawkiem swojego ciała. Ogarnęła mnie całkowita niemoc. Jedyne co mogłem zrobić, to otworzyć szerzej oczy.

Zobaczyłem stojącą nade mną rozmazaną postać. Nie mogłem dostrzec kim ona jest. Im bardziej się jej przyglądałem, tym mogłem dostrzec więcej szczegółów. Mrugałem powiekami coraz szybciej. Z każdą sekundą wyłaniała się coraz wyraźniejsza postać – mała, uśmiechnięta dziewczynka. Po chwili mogłem jej się dokładni przyglądać. Ona tylko co chwilę muskała mnie rączką po policzku i uśmiechała się radośnie.

Starałem się wstać. Udało mi się jedynie uklęknąć. Wokół było tak jasno. Czułem jakby zupełnie inne powietrze – nie gorące i zabierające oddech, ale rześkie, jak nad morzem. Czyżbym wczoraj dotarł już nad sam ocean? Lekko zdziwiło mnie to, że w zasięgu mojego wzroku, nie było żadnego innego człowieka, ani jednego budynku. Jedynie kilka drzew rozsianych na niewysokiej polanie, która też zdecydowanie różniła się od tej, która była mi do tej pory znana.

Dziewczynka zaczęła mnie ciągnąć za rękaw i pokazywać paluszkiem kierunek, w którym linia horyzontu dziwnie się urywała. Przyglądałem się coraz bardziej małej dziewczynce, która tak naprawdę w ogóle nie powinna tutaj przebywać. Dopiero po kilku sekundach przyszło do mnie olśnienie.

– Łucja?! – zapytałem z nadzieją w głosie.

Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko.

– Łucja to naprawdę Ty?!

Mała zaczęła się chichotać.

Już nie miałem żadnych wątpliwości. Jestem już przy niej. Doszedłem do celu. Spotkałem się z moją małą córeczką.

Chwyciłem ją w swoje ramiona i zacząłem całować po policzkach, po nosku, po rączkach. Łucja chichotała radośnie, co chwilę popiskując i jeszcze bardziej zanosząc się śmiechem.

Nagle, nie wiem dlaczego, zaczęła mi się mocno wyrywać.

– Łucja, Kochanie, co się dzieje? – spytałem pełen strachu.

– Tam – mała znowu pokazywała paluszek w tą samą stronę co przed kilkoma chwilami.

Postawiłem ją na ziemi. Nie wiedziałem, o co jej chodzi.

– Co jest tam?

– Tam, iść. Tam!!! – twarzyczka mojej córeczki zmieniła się nie do poznania. Była uparta, przerażona i jednocześnie taka dzika. Nie mogłem jej przekonać, że teraz razem wrócimy razem do domu, do mamusi. Jej wyraz twarzy i szarpanie mnie za rękaw, nie podlegały żadnym dyskusjom.

– Taaaaam!!! – Łucja upierała się coraz bardziej. Ciągnęła moją rękę w tamtą stronę.

Spojrzałem na moją małą dziewczynkę, następnie odwróciłem wzrok w tym kierunku, w którym mieliśmy podążać. Poczułem ścisk w gardle. Ogarnął mnie niepokój. Wyobrażałem sobie to zupełnie inaczej. Byłem przekonany, że odnajdę moją małą córeczkę, by wrócić z nią do domu. Ona jednak miała już inne plany. Jeśli nie chciałem jej stracić, musiałem im ulec.

Powoli ruszyliśmy w stronę kończącego się horyzontu. Im bliżej byliśmy tego dziwnego miejsca, tym Łucja częściej wyrywała mi się z dłoni, biegła kilkanaście metrów przede mnie i wracała, by mnie jeszcze bardziej pospieszyć. Była niespokojna. Z jednej strony dziko podekscytowana, z drugiej jak ja – mocno wystraszona.

Po kilkunastu minutach w końcu dotarliśmy. Znajdowaliśmy się na skraju wysokiego klifu. Pod nami szalały fale wzburzonego oceanu. Niby był sztorm, ale woda była tak błękitna, a niebo pozbawione nawet najmniejszej chmurki. Zastanawiałem się, czy na pewno jest z tą pogoda wszystko w porządku. Jednak z krótkiego zamyślenia wyrwała mnie Łucja.

Znowu ciągnęła mnie za rękaw. Tym razem z nakazującą miną, pokazywała palcem w dół. Nie rozumiałem, albo nie chciałem rozumieć o co chodzi. Złapałem ją, by nie spadła i odszedłem kilka kroków od urwiska. Mała jednak była bardzo silna. Wyrwała się z moich objęć i ruszyła w kierunku krawędzi klifu. Moje serce znajdowało się po raz kolejny w odstępie kilku godzin, niemalże przy samym gardle.

– Chcesz, żebyśmy skoczyli? – zapytałem niepewnie.

Łucja patrzyła na mnie w taki sposób, jakbym miał do czynienia z dorosłą osobą, a postawione przeze mnie pytanie, było kompletnie niepotrzebne.

– Kochanie, nie musimy tego robić. Możemy wrócić do domu, do Twojej mamusi. Będzie tak, jak być powinno. Będzie tak, jakbyś nas ani na chwilę nie zostawiła samych. Zobaczysz. Będziemy kupować Ci kolorowe zabawki, różowe sukieneczki. W każdą niedziele wybierzemy się na pyszne lody. Tylko proszę, wróć ze mną.

Łucja była nieugięta. Jej zmarszczone brwi pokazywały, że nie widzi dla nas żadnej innej opcji.

To był koniec mojej wędrówki. Wiedziałem, że to tutaj mam dokonać tego, czego oczekuje ode mnie Łucja. Nie tak to sobie wyobrażałem. Ale może właśnie nic nie miało prawa się wydarzyć, tak jak chciałem. To ona jest moim przeznaczeniem, to ona mnie wybrała i tutaj przyprowadziła. Przed tym mnie mogłem uciec i zmienić toru wydarzeń.

– To musi się wypełnić – powiedziałem sam do siebie, jakbym chciał się jeszcze bardziej przekonać, że to co zamierzam zrobić, jest słuszne.

– Tylko w ten sposób będziemy już na zawsze razem, prawda? – spojrzałem z nadzieją w kierunku Łucji.

W jej pięknych oczach pojawiły się łzy.

Już wiedziałem. Łucja sama nie była pewna, czy tak właśnie się stanie. Ale nie mieliśmy zupełnie innego wyjścia. Musieliśmy tego dokonać. Jakaś siła przyciągnęła ją i mnie w te dziwne miejsce. Nie mieliśmy żadnego wyboru. Albo zaryzykujemy, ale każdego dnia z reszty swojego życia, będą sobie wyrzucał, że znowu się nie odważyłem. Miałem do stracenia wszystko. Ale też mogłem zyskać dosłownie wszystko, o czym tak bardzo marzyłem. A marzyłem o tym, by w końcu znaleźć swoją małą córeczkę. Znalazłem.

Stanęliśmy na skraju klifu trzymając się mocno za dłonie. Wziąłem głęboki oddech. Udało mi się nabrać w płuca bardzo dużo powietrza. Wcześniej było to praktycznie niemożliwe. Zamknąłem oczy i wysunąłem przed siebie prawą stopę. Nie miałem pod nią ani jednego skrawka ziemi. Jedynie powietrze oddzielało mnie od zimnej wody w oceanie.

– Kocham Cię Łucjo, na zawsze będziesz moją ukochaną córeczką – wyszeptałem do stojącej obok mnie małej dziewczynki.

Zrobiłem drugi krok.

Poczułem zimny opór powietrza, po czym wpadliśmy do wody.

Stałem na klifie. Byłem zmęczony podróżą. Rozgrzane słońce zaczęło powoli zachodzić za horyzont oceanu. Spojrzałem w dół. Na tafli wody ujrzałem mężczyznę ściskającego w ramionach małe zawiniątko. Fale nienaturalnie ściągały ich w głąb oceanu. Dryfowali w kierunku zachodzącego słońca.

Niedaleko obok mnie pojawiło się dwoje turystów. Próbowali zrobić sobie zdjęcie. Podszedłem do nich, by zaoferować im swoją pomoc.

Zapytałem jeden raz po angielsku, drugi raz wydukałem kilka słówek po hiszpańsku. Turyści kompletnie mnie ignorowali.

Już wiedziałem. Znalazłem się po drugiej stronie…

Prawa autorskie

Wszelkie materiały (w szczególności: artykuły, opowiadania, eseje, wywiady, zdjęcia) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione.
O Marek Falkowski 665 artykułów
Marek Falkowski – Specialist in the field of new technologies and IT security. Author of numerous opinion-forming articles about politics, business and technology. In his daily life he implements IT solutions for the public administration. Expert in the field of data protection with particular focus on personal data and classified information.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.