Archiwum Tajemnic – Listy od Czytelników

Zainteresowanie artykułami opublikowanymi z cyklu „Archiwum X” przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania. Otrzymaliśmy mnóstwo maili od osób, które mieszkają zarówno w pobliżu tajemniczego opuszczonego szpitala psychiatrycznego w Owińskach jak i kościoła na Morasku. Wszystko zdaje się potwierdzać, że podane przez nas informacje są prawdziwe, i rzeczywiście z tymi budynkami wiąże się jakaś większa tajemnica.

Przypomnijmy tylko, że obydwie budowle znajdują się nieopodal Poznania, a informacje na ich temat odnaleźliśmy w kopiach dokumentów dostarczonych nam przez anonimowego informatora. Dokumentów, które pochodzą jeszcze z okresu PRL-u. Nie jesteśmy niestety w stanie opublikować na portalu wszystkich wiadomości, zamieścimy tylko te najciekawsze, najbardziej tajemnicze i wnoszące – jak nam się zdaje – najwięcej do tej arcyciekawej sprawy. Oto pierwszy z listów:

Pisze Janina K. (Nazwisko do wiadomości Redakcji):

Nie znam się za dobrze na komputerze, dlatego poprosiłam o pomoc w napisaniu tego listu mojego wnuka. To on znalazł w Internecie Wasz artykuł mówiący o tym szpitalu. Pragnę z całego serca Was ostrzec. Są pewne tajemnice, o których nie warto mówić czy pisać. To są tajemnice przeszłości, ale one ciągle powracają. Nadal są ludzie, którzy nie chcą, by o pewnych sprawach mówiono czy pisano. Poza tym, a wiem co mówię, bo mam już osiemdziesiąt dwa lata, pisanie o pewnych sprawach przyciąga je.

Lepiej byłoby, aby to, co tam jest zostawić na zawsze w spokoju żeby nigdy nie wróciło. Jeśli jednak już zdecydowaliście się poruszyć ten temat, to muszę przekazać Wam kilka wiadomości na temat tego miejsca.

Zamieszkałam z mężem w pobliżu niedługo po wojnie. Wtedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej, a ja byłam młodą dziewczyną. Mieszkaliśmy w starym domu, podobno należał on wcześniej do jakiegoś Niemca. Wtedy teren szpitala był niezagospodarowany i część budynków nosiła ślady zniszczeń. Wszyscy miejscowi jednak wiedzieli, aby tam nie chodzić.

Rzecz w tym, że na terenie szpitala w czasie II Wojny Światowej przeprowadzano nieludzkie eksperymenty. Robiono to w tajemnicy, a ofiarami często padały zupełnie przypadkowe osoby. Ludziom, którzy mało wiedzą o ówczesnych realiach może wydawać się to niemożliwe, ale wśród Niemców byli lekarze, i Polacy czasem szukali u nich pomocy, o dziwo nieraz z dobrym skutkiem. Niemieccy żołnierze byli najczęściej zwykłymi obywatelami, zaciągniętymi do wojska, dlatego można było się z wieloma z nich dogadać. Co innego oczywiście SS-mani. Tak czy owak, była pewna liczba osób, która w czasie wojny próbowała szukać u Niemców pomocy. Miejscowi z którymi rozmawiałam opowiadali, że część z tych osób, które tam poszły – nigdy nie wróciła.

W czasie wojny podjeżdżało tam mnóstwo samochodów, z których, nieraz pod osłoną nocy wysiadali bardzo dziwni ludzie. Wiadomo było już później, że dzieje się tam coś strasznego, ale nikt nie wiedział dokładnie co. Podobno znajdowały się tam jakieś podziemne tunele, i to właśnie w nich znikali ludzie. Krążyły opowieści o jakimś bardzo specjalnym niemieckim komandzie, które właśnie tam rezydowało i prowadziło jakieś niespotykane do tej pory badania. To właśnie od tych badań podobno wszystko się zaczęło.

Po zakończeniu wojny na miejscu na pewien czas zjawili się agenci KGB, którzy jakby czegoś intensywnie szukali. Nie wiadomo czy coś znaleźli, czy nie. Ale mówiło się, że jeden z nich rozdawał dzieciom cukierki i przy okazji łamaną polszczyzną mówił, że nie wolno tam nigdy chodzić, bo tam jest coś co „pożera ludzi”. Może mówił to po prostu żeby dla zabawy nastraszyć dzieci, albo nie chciał by bawiły się w niezabezpieczonym budynku.

Ważne jest natomiast to, co działo się potem, ponieważ jest to sprawa budząca prawdziwy strach. W roku 1952 zauważyliśmy, że wokoło budynków panuje ożywiony ruch. Okazało się, że otwarto tam Młodzieżowy Zakład Wychowawczy. Trzeba jednak wyjaśnić, czym naprawdę był ten zakład.

Oczywiście pod żadnym pozorem nie było wolno o tym mówić, ale ten „Młodzieżowy Zakład” był czymś w rodzaju dzisiejszego poprawczaka. Z założenia miała trafiać tam, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, tak zwana „trudna młodzież”. Jednak ludzie, przynajmniej niektórzy, dość szybko połapali się w czym rzecz. To w przeważającej większości nie byli żadni chuligani, ale dzieci tak zwanych „politycznych”. Jeśli matka i ojciec siedzieli w więzieniu, to czasem nie miał kto zajmować się ich dziećmi. A nawet jeśli gdzieś była jakaś babcia czy ciotka, to dzieci i tak lądowały w tym „przytułku”.

W dzisiejszych czasach to są sprawy nie do uwierzenia. Ale wtedy tak było – przychodziło polecenie i nie było żadnego odwołania. Rodziny mogły pisać sobie różne pisma, i tak wszystko lądowało w koszu. Umieszczenie dzieci w ośrodku miało stanowić dodatkowy element kary dla rodziców, żeby złamać ich psychikę.

Od czasu jak ruszył ten ośrodek, zaczęły dziać się tam okropne rzeczy. Nie wiem jak to opisać, żebyście nie pomyśleli, że to ze mną jest coś nie tak. Musicie mi jednak uwierzyć, że to był zupełnie inny świat, inne czasy niż teraz. Chociażby ktoś wiedział co się dzieje, nawet miał dowody, to NIC nie mógł w tej sprawie zrobić. A byli tacy co próbowali. Wylądowali w szpitalach psychiatrycznych, albo całkiem zapomnieli co wiedzieli po jednej wizycie ludzi z Urzędu Bezpieczeństwa. Trzeba było, napiszę niezbyt elegancko, trzymać gębę na kłódkę.

Mówiąc wprost, miejscowi mówili po cichu, że tam straszy. Te dzieciaki były naprawdę w okropnym położeniu. Podobno wiele z nich po prostu zniknęło. Kiedyś mojemu świętej pamięci mężowi udało się porozmawiać z jednym z tych dzieci. Mówił, że były bardzo blade i wyglądały na przestraszone. Wspominały coś o jakimś potworze, który mieszka w podziemiach i przychodzi nocą, kiedy nie wolno zapalać światła. Podobno nieraz zdarzało się, że nocą dzieci były w komplecie, a nad ranem kogoś brakowało i ta osoba już nigdy się nie odnajdywała.

W chwilę potem nadbiegł strażnik z psem, przerwał rozmowę i kazał dzieciom natychmiast wracać do środka, a mojego męża postraszył Milicją Obywatelską.

Rzeczywiście, nieraz w nocy słyszałam przerażające krzyki dobiegające właśnie stamtąd. Trudno porównać je z czymkolwiek innym. Nawet teraz, kiedy zamykam oczy wydaje mi się, że nadal je słyszę. Jednego razu po kryjomu podeszłam tam bliżej, starając się żeby nikt mnie nie zauważył. Zobaczyłam jak w oknach budynku przesuwa się jakieś dziwne białe światło. Wszystkie inne budynki były pogrążone w zupełnej ciemności. Było w tym coś tak strasznego, że szybko zrobiłam tył w zwrot i uciekłam do domu.

Nie to jednak jest najgorsze. W roku 1993 ten „zakład wychowawczy” został zlikwidowany. Czasy się zmieniły i być może ktoś poszedł wreszcie po rozum do głowy. Budynek opuszczono w zastanawiającym pośpiechu, wywożąc wszystko co się dało. Nikt jednak nie widział momentu gdy wyjeżdżały dzieci.

Wtedy właśnie mój mąż podjął tą straszną w skutkach decyzję. Uparł się, że pójdzie tam i zobaczy wszystko na własne oczy, „poszuka jakichś śladów”, jak powiedział. Miało to miejsce po południu. Nic nie było w stanie odwieść go od tego pomysłu. Był jakiś podekscytowany, nie wiem jak to opisać – zupełnie jakby ogarnęła go jakaś gorączka. Po tych wszystkich latach czasem zastanawiam się, czy to ten budynek jakoś na niego nie oddziaływał.

W każdym razie poszedł tam, a ja miałam złe przeczucia i zaklinałam go, żeby wrócił przed zmrokiem. Mijały długie godziny, ściemniło się, a on wciąż nie wracał. Kiedy zbliżała się już północ, byłam strasznie niespokojna i czułam, że stało się coś złego.

Podniosłam słuchawkę i zadzwoniłam po policję, pod 997, bo wtedy już była policja. Proszę sobie wyobrazić, że policja przyjechała, ale pomimo moich błagań policjanci nie weszli na teren tego przeklętego, opuszczonego szpitala. Mało tego, kiedy chciałam iść sama szukać męża, powstrzymywali mnie. Powiedzieli, że poszukiwania będzie można rozpocząć DOPIERO GDY WSTANIE SŁOŃCE. To nie żart, pamiętam te słowa, które wyryły się w mojej pamięci bardzo wyraźnie.

Odwieźli mnie do domu i stali pod domem całą noc pilnując mnie, bym nigdzie nie wyszła. Gdy próbowałam zadzwonić do brata, okazało się, że linia telefoniczna została odcięta. Jestem przekonana, że istnieje jakaś tajemnica związana z tym miejscem, o której ktoś wie i policjanci otrzymali taki właśnie rozkaz.

Dopiero rano, dnia następnego rozpoczęto „poszukiwania”. Nie muszę chyba dodawać, że później sama również z pomocą osób z rodziny przeszukiwałam teren szpitala. Mój mąż jednak do tej pory się nie odnalazł, chociaż od tamtego czasu minęły już dwadzieścia trzy lata.

Przez pewien czas teren był ogólnodostępny i pewnego razu wybrał się tam mój bratanek. Powiedział mi o tym po fakcie. Chciał przeszukać budynek, licząc, że natrafi na jakiś ślad. Traf chciał, że długo kręcił się po opuszczonych budynkach i zaczęło już się ściemniać. Było kompletnie cicho. Nagle z dolnych kondygnacji posłyszał jakiś rumor. Zszedł po schodach na poziom piwniczny i w ten sposób odkrył podziemny korytarz. Można było zajrzeć do niego wkładając głowę do otworu w podłodze. Tak też zrobił i poświecił latarką. Po dnie korytarza biegły szyny, jakby przystosowane do przewozu wózków. Nagle spostrzegł, że na końcu korytarza coś jest. Nie będę może opisywała jak to coś wyglądało, ale bratanek powiedział, że po tym co zobaczył już nigdy w życiu tam nie pójdzie. Prawdę mówiąc nie chciał o tym nawet rozmawiać. To coś co zobaczył strasznie go przeraziło, a to mężczyzna na schwał, wojskowy. W każdym razie uciekł stamtąd w panice.

Czasem mam nadzieję, że mąż jednak się odnajdzie. Często przychodzi do mnie we śnie i ostrzega przed „tamtym miejscem”. Czasem kiedy jest noc i okna domu są otwarte nadal wydaje mi się, że słyszę dobiegające stamtąd krzyki.

Proszę sobie wyobrazić, że na ten temat rozmawiałam ze starym proboszczem. Na początku ostrożnie, bo nie wiedziałam, jak zareaguje. Okazało się jednak, że coś wie. Wziął mnie na stronę i szeptem powiedział: „wiem, że to trudne, ale niech pani zapomni i nie rozmawia o tym z nikim”. Wspomniałam coś o egzorcyzmach. Proboszcz uciął jednak rozmowę krótkim zdaniem „wszędzie tylko nie tam. Istnieje ciemność, której nic nie rozjaśni”. Potem odszedł szybko i nigdy już więcej nie udało mi się wyciągnąć od niego nawet jednego słowa w tej sprawie.

Na tym chciałabym zakończyć swoją opowieść. Jestem jednak pewna, że w tych budynkach należących do kompleksu kryje się coś złego. Ostrzegam was, nigdy tam nie chodźcie, a jeśli już musicie, to jedynie za dnia, ale nigdy nocą. Obecnie ktoś chce sprzedać ten teren z dwanaście milionów złotych, i wspomnienia podobne do moich są obecnie wyśmiewane. Ja jednak wiem, jaka jest prawda. Ubolewam tylko nad tym, że spotkała mnie taka osobista tragedia. Może gdyby mąż nigdy nie interesował się tajemnicami tego miejsca żyłby nadal? Może niepotrzebnie rozmawiał wtedy z tymi dziećmi? Nawet jeśli nie wierzycie w ani jedno słowo, to potraktujcie to jako życzliwą przestrogę.
Janina

Prawa autorskie

Wszelkie materiały (w szczególności: artykuły, opowiadania, eseje, wywiady, zdjęcia) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione.
O Marek Falkowski 652 artykuły
Marek Falkowski – Specialist in the field of new technologies and IT security. Author of numerous opinion-forming articles about politics, business and technology. In his daily life he implements IT solutions for the public administration. Expert in the field of data protection with particular focus on personal data and classified information.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.